Festiwal fatalnych decyzji w ostatnim sezonie House of Cards

Festiwal fatalnych decyzji w ostatnim sezonie <em>House of Cards</em>
Netflix

Można rzucić wiele nieprzychylnych słów pod adresem najnowszych odcinków flagowego serialu Netflixa. Ale czy naprawdę ktokolwiek spodziewał się czegoś lepszego?


Od dawna wiadomo było, że szósty i zarazem ostatni sezon House of Cards powstanie bez udziału Kevina Spacey. Nie chcę tu przesadnie dywagować na temat tego, że oskarżenia, jakie padają pod jego adresem to nie przelewki, a na dodatek wciąż pojawiają się rzekome ofiary. I choć oczywiście, przemoc na tle seksualnym należy piętnować, tępić i karać, to jednak w takich przypadkach ludzie często zapominają o małym szczególne, jakim jest domniemania niewinności. Jak było naprawdę, nie wiem ani ja, ani miliony przed telewizorami, ale chyba zgodnie możemy stwierdzić, że jego kariera aktorska została już pogrzebana i tak naprawdę ciężko dziwić się twórcom, którzy gwałtownie zerwali z nim kontrakt. Każda produkcja, do której Spacey mógłby przyłożyć rękę, byłby dla wytwórni strzałem w kolano. Dowodem na to może być choćby Billionaire Boys Club – ostatni film aktora przed oskarżeniami o molestowanie. I nieważne, że grali tam Ansel Elgort, Judd Nelson czy Taron Egerton. Wypuszczono go tylko w dziesięciu kinach na terenie Stanów, a przychód z dnia premiery wynosił 126$. Liczby mówią tu chyba same za siebie. Dla porównania mogę tylko dodać, że Baby Driver z 2017 roku, w którym również mogliśmy zobaczyć duet Spacey&Elgort, już pierwszego dnia zarobił jakieś 20 milionów dolarów.


Dalsza część artykułu może zawierać spoilery.


Mimo wszystko nie ma wątpliwości, że Spacey jest świetnym aktorem i po części to właśnie dla niego oglądaliśmy House of Cards. Niech rzuci kamieniem ten, kto ani razu nie uśmiechnął się pod nosem, gdy Frank Underwood zwrócił się w stronę kamery, czy zapukał w blat. Spacey tchnął masę charakteru w rolę prezydenta i ciężko było wyobrazić sobie serial bez niego.

Ale stało się – w końcu dostaliśmy te nieszczęsne osiem odcinków. Chyba nikt z nas nie liczył, że będzie to sezon na miarę poprzednich, a już na pewno nie pierwszych trzech. Mam nawet wrażenie, że część widzów oglądała go z przymusu, żeby zamknąć historię Underwoodów. Łudziłam się jednak, że może przynajmniej będzie przyzwoity. Nie był.

Zacznę od tego, że jak na produkcję chcącą zostawić Franka Underwooda za sobą, jego duch wisi nas serialem jak klątwa, której nie sposób się pozbyć. Temat byłego prezydenta przytaczany jest prawie cały czas, a główni bohaterowie najwyraźniej nie potrafią żyć bez zadania sobie pytania „co w tej sytuacji zrobiłby Frank?”.

Szósty sezon wprowadza nowe postaci – między innymi rodzinę Shepardów, którzy za sprawą miliardów na koncie zdają się, brzydko mówiąc, trzymać za mordy co drugiego polityka. Diane Lane i Greg Kinnear faktycznie wnieśli coś od siebie i gdyby nie fakt, że pojawiają się nagle i znikąd, to cały wątek wielkich korporacji stojących za decyzjami podejmowanymi w Białym Domu mógłby być całkiem znośny. No i oczywiście pozostaje kwestia aplikacji, za pomocą której Shepardowie szpiegują, a może nawet i kontrolują amerykańskie społeczeństwo. Brzmi znajomo?

Frank Underwood leży już sześć stóp pod ziemią, ale po jej powierzchni biega oczywiście Doug Stamper, który w dalszym ciągu nie może pogodzić się z utratą… no właśnie, właściwie to kogo? Wiemy, bo Stamper przypomina nam o tym na każdym kroku, że bohater wiele zawdzięcza Frankowi – wyciągnięcie z nałogu, pierwszą pracę. Mimo tego, że więź między panami była do bólu toksyczna, Doug nie jest w stanie funkcjonować bez nieustannych prób oczyszczania wizerunku Underwooda i nawet po jego śmierci zachowuje się jak wierny pies pilnujący jego grobu. Cały ten wątek jest na dodatek koszmarnie nudny i męczący, a w perspektywie ostatniej sceny nawet absurdalny. Postać Stampera względnie ratuje chyba tylko to, że tak naprawdę do samego końca nie wiemy, do której bramki gra – Shepardów czy Claire. Choć tak naprawdę nawet sam Doug nie jest tego pewien.

Zostaje też Claire. Nie jestem w stanie wytknąć błędów w grze aktorskiej Robin Wright. To głównie na jej barkach spoczął ciężar i presja udźwignięcia ostatniego sezonu i naprawdę nie mam jej nic do zarzucenia. Mam jednak mieszane uczucia jeśli chodzi o jej postać. Pewne wątki były całkiem niezłe – choćby scena przedstawienia Gabinetu złożonego z samych kobiet. Claire wciąż podkreśla swój feminizm i powtarza, że „rządy białych mężczyzn dobiegły końca”, a ona sama nie chce stać się następnym Frankiem. I przez jakiś czas nawet jej się to udaje. Najwyraźniej tylko po to, aby koniec końców wszystko mogło legnąć w gruzach, a morderstwa posypały się jak z rękawa. Nawet prezydent Rosji zdaje się być przerażony i musi przypominać jej, że spuszczenie bomby atomowej nie jest najlepszym sposobem na politykę. W tej sytuacji miałam przed oczami cytat z książki Stephena Kinga – „zabijanie dla pokoju, jest jak pieprzenie się dla cnoty”.

No właśnie, cnota. Claire Underwood zdaje się być wszechwiedząca i nieśmiertelna – jest w stanie przewidzieć każdy atak ze strony przeciwnika, a nawet nie zostać przesadnie zlinczowaną za swoje trzy aborcje (nieważne, że jedna była w 16 tygodniu ciąży). I nieważne jest nawet to, że małżeństwo Underwoodów od zawsze powtarzało, że posiadanie dzieci nie jest dla nich. Nagle, w połowie sezonu dowiadujemy się, że Claire jest w ciąży. Mając 53 lata. Pewnie, to się zdarza. Bardziej zastanawia mnie jednak, jak do tego doszło, skoro prawie cały piąty sezon oscylował wokół nienawiści, jaka zrodziła się między Claire i Frankiem i trudno byłoby wyobrazić sobie ich zbliżenie. Chociaż muszę przyznać, że na tle tego wątku, Claire oglądająca Dziecko Rosemary nawet mnie rozbawiła.

W całym sezonie najbardziej abstrakcyjne jest jednak jego zakończenie. Właściwie nagle okazuje się, że Shepardowie planują zamach na życie Claire, a egzekucję zgadza się przeprowadzić Doug. Gdy w końcu dochodzi do spotkania dwójki w Gabinecie Owalnym, Stamper rzuca na biurko listę zamachowców, a z rozmowy między bohaterami wynika, że to właśnie mężczyzna odpowiedzialny jest za śmierć Underwooda: „On miał zamiar cię zabić. Nie miałem planu. Nie wiedziałem. Użyłem jego leków. Nie wiedziałem, ile czasu to zajmie, ale… wiedziałem. Nie mogłem mu pozwolić, żeby zniszczył wszystko, co zbudowaliśmy.” Co? Oczywiście wkrótce po tej wypowiedzi Doug przystawia nóż do gardła Claire, który ta (równie oczywiście) przejmuje i wbija mu w brzuch, a następnie kończy dusząc go ze słowami „koniec bólu”. I ja rozumiem, że zakończenie całkiem zgrabnie nawiązuje do sceny z pierwszego odcinka, w której Frank przerywa cierpienie psa. Mimo wszystko, całość przekracza wszelkie granice absurdu.

Serial kończy się nie wyjaśniając części wątków, które na potrzebę nowych odcinków stworzył. Nie wiemy, czy skrzętnie przygotowywane przez dziennikarzy materiał zostanie opublikowane, czy Claire zdecyduje się na użycie atomówki i jak właściwie będą wyglądać losy świata. Ale właściwie nie to jest najistotniejsze. Najważniejszy jest brak przyzwoitego pożegnania. Przez chwilę wydawało się, że twórcy mogą zdecydować się na odważny, ale moim zdaniem naprawdę rewelacyjny krok i może uda nam się po raz ostatni, już nie zobaczyć, a choć usłyszeć głos Franka Underwooda, który zresztą wspominany był w tym sezonie poniekąd z namaszczeniem. Niestety, tak się nie stało i uważam wątek audio-pamiętnika zmarłego prezydenta za zmarnowany potencjał.

W efekcie końcowym, finał serialu przypomina dość niefortunne połączenie Makbeta, tandetnej telenoweli i podrzędnego kryminału. A ja nie jestem do końca pewna, kogo powinnam obarczyć za to winą.

Działając w zgodzie z rozporządzeniem RODO prosimy o zapoznanie się z Polityką prywatności serwisu.
Kontynuując przeglądanie strony wyrażasz zgodę na używanie plików cookies. Aby dowiedzieć się więcej zapoznaj się z naszą Polityką plików cookies.