Pan Karol

<em>Pan Karol</em>

Wśród klientów starszego pana sprzedającego książki na ulicy znajdziecie takie osoby jak Jerzy Urban, Waldemar Pawlak, Hanna Gronkiewicz-Waltz czy Witold Waszczykowski.


W swoim 23-letnim życiu starałem się spędzać w Warszawie tyle czasu, ile mogłem. Nigdy nie pociągały mnie wycieczki pod namiot, ani wyjazdy do Paryża, Lwowa czy nawet Garwolina. Jestem z tym miejscem połączony dziwną więzią lenistwa i sentymentu, która przywiązuje mnie do ulic, autobusów, absurdalnych cen mieszkań oraz pomników miasta. Zarówno tych nieruchomych (jak znienawidzony przeze mnie Pałac Kultury), jak i tych ważniejszych, żywych. Z jednym z nich przeprowadziłem ten wywiad.

Choć pan Karol utrzymuje, że sprzedaje książki pod opuszczoną księgarnią na Al. Jerozolimskich maksymalnie 8 lat, dla mnie jest tam od zawsze. Niezależnie czy uciekałem z matematyki w liceum, czy z retoryki na studiach, w tłumie przechodniów wyróżniała się jedna, statyczna postać. Starszy, zmęczony mężczyzna w czapce i okularach, otoczony masą książek wystawionych na parapecie zaniedbanej kamienicy.

Jak pan się tutaj znalazł i dlaczego sprzedaje akurat książki?
Zmusiła mnie do tego przede wszystkim sytuacja finansowa. Niska renta – 1000 zł, nie pozwala na normalną egzystencję, a ja nie potrafię usiąść pod kościołem i żebrać. Dlaczego sprzedaję akurat książki? Bo od wielu lat obserwuję zamykanie księgarń, upadek prasy. Porusza mnie to i staram się robić co mogę, żeby kultura czytelnicza w Polsce nie umarła.

Ale niedługo i tak będę musiał to rzucić. Z moich obserwacji wynika, że ludzie, szczególnie młodzi, coraz mniej czytają. Stoję tutaj prawie codziennie w mrozie i w upale po 8 godzin – nie ma mnie tylko gdy pada. Jednego dnia zarobię 10 zł, czasami 50 zł, a innym razem nic. To są groszowe sprawy, które pozwalają mi nie umrzeć z głodu. Każdego dnia walczę o przetrwanie i na razie mi się udaje bo musi, ale jestem tym coraz bardziej zmęczony.

Skąd pan bierze książki?
Na ogół kupuję w różnych skupach. Są też tacy, co mi je przynoszą, za symboliczną opłatą albo za darmo.

Zdarzają się „białe kruki”?
Tak.

Zostawia je pan dla siebie?
Nie, jakbym miał pieniądze to na pewno, ale w mojej sytuacji wszystko idzie na sprzedaż.

Ma pan problemy z policją lub strażą miejską?
Policjanci mnie podziwiają. Oczywiście nie wszyscy, ale większość bardzo mnie szanuje i czasami po służbie stają się moimi klientami. O strażnikach miejskich nie mogę powiedzieć zbyt wiele dobrego, zresztą chyba nie ja jeden. Gdybym był prezydentem Warszawy zlikwidowałbym tę instytucję. Kiedyś poznałem Stanisława Wyganowskiego – byłego prezydenta Warszawy, który powołał straż miejską. Opowiadał mi, że chęci miał szczere, ale widzi pan, wyszło jak wyszło.

<pod koniec tego zdania w naszą stronę chwiejnym krokiem zmierza bezdomny>

Z bezdomnymi też nie ma pan problemów?
Na ogół nie, chociaż niejedno widziałem stojąc tutaj tyle czasu. Pewnego dnia zobaczyłem kolejnego człowieka w ładnym garniturze mijającego mnie bez słowa. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że zaraz po tym pochylił się nad śmietnikiem i zaczął w nim grzebać. Okazało się, że mieszka na ulicy i nie ma co jeść, ale chce schludnie wyglądać. Dałem mu 5 zł na jakąś kanapkę. To była jedna z najdziwniejszych rzeczy, jakie mnie spotkały. Większość bezdomnych jakich znam to osoby z innym podejściem do życia niż ja. Wybrali życie na ulicy, bo – o dziwo – tak jest im łatwiej. Nie muszą pracować, a na żebraniu całkiem nieźle zarabiają. Z większością z nich mam pozytywne relacje, ale zdarzył się taki, który powiedział do mnie „ty chuju”. Podziękowałem tylko za nadanie mi tytułu.

Ma pan stałych klientów?
Tak, jednym z nich jest Waldemar Pawlak. Raz kupił ode mnie bardzo dużo książek o tematyce wojennej i dalej przychodzi. Może nie stałymi, ale znanymi klientami byli też Hanna Gronkiewicz-Waltz, prof. Magdalena Środa, Nina Andrycz, minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski, czy Jerzy Urban.

Jak pan wspomina poznanie Jerzego Urbana, czyli postaci prawie równie rozpoznawalnej przez nasze pokolenia, lecz kojarzonej zupełnie inaczej?
Pamiętam, że wyszedł z lśniącego Jaguara i kupił jakąś książkę historyczną, zapomniałem jaką dokładnie.

<na dłużą chwilę zostałem sam, ponieważ pan Karol musiał obsłużyć klienta, którym był zaprzyjaźniony z nim mecenas w średnim wieku>

O co mnie pan pytał?

O Urbana.
A, tak. Byłem do niego bardzo negatywnie nastawiony, głównie przez prasę i wizerunek medialny. Dobrze go oczywiście nie poznałem, ale po niedługiej rozmowie zupełnie inaczej na niego patrzę. Zapadło mi w pamięci jedno zdanie, które powiedział: „Szanuję ludzi, którzy rozpowszechniają kulturę”.

Jest wiele księgarni, fizycznych i internetowych, ale wymienione znane osoby jednak przychodzą tutaj, jak pan myśli, dlaczego?
Mają sentyment i lubią stare książki. Poza tym miło im, jak ktoś z nimi rozmawia na różne tematy. Ja staram się nawiązywać kontakt, bo interesuje, mnie to co dzieje się w Polsce i chętnie o tym rozmawiam.

Często mówi pan o politykach i osobach związanych z tym światem. Jak poznaje się tych ludzi?
Na ulicy. Brzmi prosto, ale taka jest prawda. Niektórzy są moimi klientami, innych poznałem po prostu zaczepiając ich na chodniku. Zawsze interesowałem się polityką, a jednym z najważniejszych dla mnie pytań jest „co z tą Polską?”.

Co z tą Polską?
Nie podobają mi się rządy PiSu. Narażam się władzy, ale mówię co myślę. Podejście Kaczyńskiego do rozdawnictwa jest zwyczajnie głupie i rujnujące. Z pustego i Salomon nie naleje, a zdaje się, że część Polaków o tym zapomniała. Chciałbym, żeby prezes najpierw wytworzył określoną ilość dóbr dzięki poprawieniu gospodarki, a później z tego rozdawał. Ja nie mam nic przeciwko wsparciu socjalnemu. Czasy socjalizmu były najlepszymi latami mojego życia, choć nigdy nie wstąpiłem do partii, ale to co się teraz dzieje, jest zwykłym przekupstwem i szastaniem cudzymi pieniędzmi. Za pomoc w formie 500+ wszyscy pokutujemy płacąc więcej za podstawowe produkty.

Lepszy jest kapitalizm czy socjalizm?
Myślę, że socjalizm <z lekkim zawahaniem w głosie>. Moim zdaniem kapitalizm zawsze prowadzi do wyzysku biedniejszych przez bogatszych smażących się na tropikalnych plażach.

Wracając jeszcze na chwilę do poprzedniego pytania. Razi mnie związek państwa z Kościołem. Dla mnie Jan Paweł II był filozofem i prezydentem Watykanu, nigdy nie uważałem go za ojca świętego. Brzydzi mnie służalczość niektórych ludzi wobec kleru, kłanianie się, oddawanie pieniędzy, z którymi nie wiadomo co się później dzieje oraz wszechobecne zakłamanie, jakie panuje w tej instytucji. Osobiście boli mnie też to, że znam parę zakonnic i wiem, jak są poniżane przez Kościół, któremu służą.

Nie trzeba być katolikiem, żeby być dobrym człowiekiem, a paradoksalnie wiara często może w tym bardziej przeszkadzać niż pomagać.

Hierarchizacja zawsze doprowadza do takich ekscesów, więc może nie wynośmy ludzi na piedestał, a jeśli już musimy to robić, dokładnie patrzmy im na ręce.
Tak, ale podoba mi się to co mówi Biedroń „oddzielić państwo od Kościoła”. A jego życie prywatne w ogóle mnie nie interesuje.

Choć Biedroń nie powiedział nic odkrywczego, trudno się z nim nie zgodzić w tej kwestii.
<w tym momencie naszą rozmowę zagłuszają słowa wydobywające się z megafonów zainstalowanych na dachu antyaborcyjnego samochodu przemierzającego ulice Warszawy>

A co pan myśli o czymś takim?
Jestem za. Nawet jednego z tych kierowców znam. Nie można zabijać dzieci.

Nie uważa pan, że to propaganda?
Nie, myślę, że jak on tak sobie jeździ, to wiele osób spojrzy na niego i może widok dziecka w takim stanie ich poruszy. Wiem, że nie każdy tak ma, ale ja jestem bardzo wyczulony na krzywdę dzieci.

Rozumiem, że gdyby w ten sam sposób nawoływano do czegoś z czym pan się nie zgadza, np. kultu Jana Pawła II, również nie miałby pan nic przeciwko?
Nie miałbym, ale to tylko mój pogląd.

Chciałbym skończyć najbardziej infantylnym pytaniem.
Proszę.

Czy jest pan szczęśliwy?
Mam za sobą dwa nieudane małżeństwa. Miałem 22 lata, gdy przepiękna lekarka, którą miałem poślubić popełniła samobójstwo, była dziesięć lat starsza ode mnie. Wydarzyło się to w Zwoleniu, tam, gdzie Kochanowski pisał treny o swojej zmarłej córce Urszulce. Drugie nieudane małżeństwo z taką Ewą z Żoliborza i trzecie można by powiedzieć, też nieudane, ale jego owocem jest moja dorosła córka. Choć też, wie pan, odpuściłem sobie ten związek. Teraz przelałem całą swoją miłość na koty, którymi się opiekuję. Niektórzy mówią, że to głupie, ale nie przejmuję się tym.

Wiele wycierpiałem, jednak mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwy, bo nie jestem od nikogo zależny.

Wywiad pierwotnie ukazał się w kwartalniku Neon

Działając w zgodzie z rozporządzeniem RODO prosimy o zapoznanie się z Polityką prywatności serwisu.
Kontynuując przeglądanie strony wyrażasz zgodę na używanie plików cookies. Aby dowiedzieć się więcej zapoznaj się z naszą Polityką plików cookies.