Red, jakiego nie znacie

Red, jakiego nie znacie
Piotr Tarasewicz/cgm.pl

Rozmawialiśmy z Redem między innymi o skutkach zażywania kodeiny, konfliktach z Ostrym i Paluchem, legendarnym freestyle’u Eldo, Monopolu, wpływie wojny na Chorwację, oraz o tym, czemu opowiada ludziom o teoriach spiskowych.


Spotkałem się z barwną postacią polskiego przemysłu rozrywkowego na warszawskiej Woli. W pięknym miejscu, gdzie turecki miesza się z najpierwotniejszą polszczyzną płynącą z ust bezdomnych, a zapach sosu czosnkowego z męskimi płynami ustrojowymi. Na dodatek ulica nosi imię jednego z największych polskich papieży. To właśnie tam zjadłem najlepszy kebab w mieście w towarzystwie Reda, jego przyjaciela Krzyśka i podstarzałych panów nierozumiejących internetu, którzy co chwilę wchodzili po kilkunastu brązowych schodkach, żeby puścić kupon u bukmachera lub odwiedzić jeden z kilku znajdujących się po sąsiedzku sex shopów. Niemniej, kebab był pyszny, a rozmowa wielowątkowa i pokazująca Reda innego niż ten, do którego wielu przywykło.


Zacznijmy prawie od początku – Al-Hub. Jak udało ci się zebrać tylu świetnych raperów na swojej pierwszej płycie? Znałeś ich wcześniej?

Większość dzięki wytwórni T1-Teraz i jej właścicielowi, Arkadiuszowi Delisiowi. Eis, dzięki któremu poznałem Mesa, był po Elemerze i przed swoim solowym debiutem – moim zdaniem top 5 wśród albumów z polskim rapem. Ich dwójkę spotkałem na rogu Świętokrzyskiej z Marszałkowską, stali w ortalionowych dresach i brudnych adidasach – w takich warunkach pierwszy raz usłyszałem rapującego Mesa. Pamiętam, że Pezetowi bardzo spodobał się bit do Azizi, a Eldo był wtedy w najlepszej formie. Dla mnie szczyt Leszka to lata 2000-2004, więc miałem farta, że na moich świeżych bitach raperzy fajnie się zaprezentowali. Tylko, że ta płyta jak wyszła została totalnie zjechana. Pamiętam pierwszą z recenzji, jaką przeczytałem na jakiejś stronie o hip-hopie – „2/6, płyta nadająca się do słuchania podczas jedzenia kebaba”.


Jak myślisz, czemu została tak odebrana? 11 września?

Generalnie ja zrobiłem Al-Hub przez 11 września.


Na przekór, czy żeby pokazać pozytywną stronę tej kultury?

Jestem niewierzący. Mówi się, że niepraktykujący nie może być prawdziwym muzułmaninem. Olać to, ważne, żeby być dobrym człowiekiem, wiara jest tylko dodatkiem. Ale mój dziadek, ojciec i wielu moich bliskich przyjaciół jest „prawdziwymi” muzułmanami. Kiedy zaczął się atak na ludzi o takich przekonaniach i wyglądzie, z uwagi na moich bliskich chciałem pokazać, że w tym wszystkim jest też coś dobrego. O tym rapuje Eldo w tytułowym utworze Al-Hub (arab. miłość – przyp. red.). W dwóch zwrotkach powiedział wszystko co było trzeba.


Przekazywałeś raperom swój koncept na tę płytę?

Nie, po prostu wybierali bity, które im się podobały i rapowali co chcieli, mieli wolną rękę. Tylko z Leszkiem mieliśmy głębsze rozmowy na temat wiary – już wcześniej przeszedł na islam. Wracając do odbioru. Ten album został doceniony po latach przez portale takie jak CGM, Popkiller i im podobne. To dzięki nim zyskał drugi oddech i teraz dla wielu jest klasykiem. Chociaż ostatecznie i tak uważam, że moja najlepsza płyta to 7 rano ze Spinachem.


Czujesz się niedoceniony?

Często w moim życiu zawodowym było tak, że na początku spotykałem się z bardzo negatywnym odbiorem, jechano po mnie, a po kilku latach za te same rzeczy zbierałem propsy. Gdy byłem prowadzącym w MTV dostawałem maile, żebym nie bawił się w białego Murzyna i skończył z tym „joł”. Pisali – tu jest Polska pajacu, a w Polsce mówi się „elo”. Niedługo potem Tede założył Wielkie Joł i wszyscy wiemy, jak to się dalej potoczyło.


Po tych słowach Reda, przypominam sobie, że w sumie podobnie było z kawałkiem, dzięki któremu się spotkaliśmy. Slick Rick to utwór z 2014 roku, który udowadnia, że w tamtym czasie urodzony w Genewie 36-letni pół Chorwat – pół Polak, był na naszym krajowym podwórku najbliżej udanego kopiowania brzmienia A$AP Rocky’ego i Clamsa Casino.

Jak prześledzisz komentarze to zobaczysz, że najstarsze były bardzo negatywne, później są same pozytywne. Chyba za wcześnie to puściłem…

Teraz wyjdzie, że się przechwalam, ale wydaje mi się, że muzycznie przecierałem szlaki w tym kraju, jeśli chodzi o rap.


Można by to odebrać jako puste przechwałki, ale Noon, poza wieloma pstryczkami, podobnie się o tobie wypowiadał podczas waszej rozmowy w Czerwonej kartce.

Noon poza tym, że jest królem analogowego rapu, to jeszcze jest pierwszy żeby pojechać ci patrząc prosto w oczy. Wie co mówi, ja zresztą dawałem mu swoje winyle do samplowania na Muzykę Klasyczną. Wielu raperów śmieje się ze mnie za plecami, gdy są wśród znajomych, ale sam na sam zawsze mówili, że to co robię jest zajebiste.

Slick Rick to było prawdziwe gówno. Miałem w tamtym czasie podejrzenie raka krtani, w najczarniejszym scenariuszu mogłem stracić głos na zawsze. Jarałem się wtedy pierwszymi mixtape’ami A$AP Rocky’ego, Bodega Bamzem i SpaceGhostPurrpem. Namówiłem swojego znajomego lekarza, żeby przepisał mi leki zawierające kodeinę. Wytłumaczyłem mu szczerze o co chodzi. Po tygodniu od naszej rozmowy wróciłem, dostałem bardzo długą receptę. Pouczył mnie o dawkowaniu i efektach ubocznych, od razu poszedłem do specjalistycznej apteki, gdzie zrealizowali moje zamówienie i dostałem swoje fioletowe tabletki.


Wybacz, że przerwę tę narkotyczno-medyczną opowieść, ale wiedziałeś, że z opiatami nie ma żartów? W końcu nie jest trudno podzielić los DJ Screw czy A$AP Yamsa.

Wiem, że kodę można nazwać kuzynem heroiny, ale miałem dobre dawkowanie, brałem tylko dwa razy w miesiącu, nie uzależniłem się. Miałem przez nią tylko jedną bardzo głupią sytuację, którą wypominam sobie do dziś.


Wyraźnie widzę, że Red nagle poważnieje i z rubasznego gawędziarza zmienia się w melancholika.

Rano odwiozłem córkę do szkoły, koło dziesiątej siedzę w studiu, które znajdowało się w moim wielkim domu, naćpany kodeiną kończę Slick Ricka. 30 razy włączam jeden dźwięk na MPC i myślę sobie łoooooo, spowolniony, zajebisty. Czas mijał jednak nieubłaganie. Nagle patrzę na zegarek i uświadamiam sobie, że za 20 minut muszę odebrać córę ze szkoły, a wciąż mnie trzyma. Dobra, myślę, obok podstawówki jest Lidl, pójdę, zrobię zakupy, spotkam ludzi, trochę wytrzeźwieję. Nic z tego nie wyszło, było mi jeszcze gorzej. Taśma z zakupami ruszała się w zwolnionym tempie, a kasjerka do mnie „ooooooosssiiieeeem złoottyych sieeeeddeeemdziesiąąt grooszzyy”. W końcu odbieram córkę, wracamy Puławską. Jadę powoli za autobusem, nic nie kumam. Dobrze, że droga do domu była bardzo prosta i krótka. W końcu dotarliśmy, na szczęście cali. Przygotowałem nam coś do jedzenia, włączyłem telewizor i poszedłem spać. Obudziłem się za godzinę i wszystko już było dobrze. Teraz się z tego śmieję, choć wiem, że wtedy zachowałem się fatalnie. Uważam się za dobrego ojca, ale ten jeden raz byłem wieśniakiem.

Atmosfera zrobiła się dość poważna, ale nie chcę moralizować Reda, bo wydaję mi się, że wszyscy przy stoliku rozumiemy, że zrobił straszną głupotę.


Z perspektywy producenta z długim stażem, trudniej zrobić oldschoolowy bit z soulowym samplem, czy cykający trapowy?

Dla mnie trapowy, bo żeby taka 808 fajnie brzmiała, to trzeba ją przepuścić przez kilka filtrów. Nigdy nie byłem dobry w miksie i masteringu, jestem beatmakerem, nie producentem. Aranże wychodzą mi kozacko, ale zawsze miałem kogoś, kto „podrasował” to, co tworzyłem. Siedziałem z nim i mówiłem jaki chcę efekt, gdzie przerwę, dyrygowałem tym. Podsumowując, trudniej zrobić dobrze brzmiący trapowy bit, kiepski łatwiej.


Jacy są twoi ulubieni polscy producenci?

Emade, Noon <chwila zastanowienia>, SoDrumatic.


Klasycznie. A jest ktoś, kto w Polsce robi dobrze trapowe brzmienie?

<bardzo długa chwila ciszy>


Jest ktoś taki w ogóle?

Tak tak, po prostu myślę. Dobrze… jakbyś mnie zapytał, kto robi „poprawnie”, to bym ci kilku wymienił. Tak na 4,5, nie na 6, to SHDØW, Kubi i Olek.


Wróćmy teraz do przeszłości. Jak wspominasz sławny freestyle Eldo, który jako jeden z nielicznych widziałeś na żywo?

<śmiech> Wszyscy mnie o to zawsze pytają, a ja już nie pamiętam. Pytali mnie nawet, dlaczego powiedziałem „łooo”, czy to był pozytywny okrzyk, czy szydzący. To było 18 lat temu, nie pamiętam dokładnie. Był moim ziomem, na pewno nie szydziłem. Wtedy wydawało mi się to nawet fajne, odwrotnie niż z Al-Hubem. Kiedyś wydawał się dobry, a teraz raczej nikt już tak nie pomyśli. Poza tym, byliśmy w telewizji. Ja mam słuchawkę w uchu, reżyser mógł coś akurat do mnie mówić, a ja po prostu, żeby zrobić jakieś przejście, powiedziałem „łooo”.


Zaraz po pamiętnym występie Eldo nie zachowywał się, jakby zrobił coś kiepskiego?

Nie, wszystko było w porządku.


Miałem wtedy 5 lat, więc nie wiem, jakie były reakcje odbiorców.

Wszystko było ok. Potem ktoś to znalazł, wrzucił do internetu i się zaczęło.


Ale to nie zmienia faktu, że ten freestyle jest słaby.

No jest.


Teraz nie macie ze sobą kontaktu?

Na początku kariery, gdy przyjeżdżałem z Krakowa do Warszawy na castingi, to spałem u niego w mieszkaniu, mega dużo mi w życiu pomógł. Ale Leszek się zmienił, często kłamał w wywiadach na mój temat. Teraz nie mamy kontaktu i bardzo dobrze. Nie chcę więcej o nim mówić, moi najbliżsi wiedzą o co chodzi.


Z perspektywy czasu – myślisz, że twojej karierze więcej dała muzyka czy sławne „łooo”?

Może MTV?


Dla mojego pokolenia na pewno „łooo”.

No widzisz, a gdy na ulicy poznaje mnie ktoś po 30, wyskakuje z tekstem „nie mam prawa jazdy, ale mam Timberlandy” z Blokersów. To zdanie jest takim „łooo” dla starszej generacji. Ciężko powiedzieć, co mi dało więcej, ale na pewno każde pokolenie zna mnie z czegoś innego.


Część pewnie zna cię z Monopolu. Jak wspominasz tamte czasy?

Bawiłem się zajebiście. Na pewno jakbym wydał książkę pod tytułem Moje półtora roku w Monopolu, to stałaby się bestsellerem, choć byłem tam tylko hypemanem i współautorem jednego hitu – Mega Luzik.


Skąd się wziąłeś w Monopolu?

Długa, ale piękna historia. Zaczęło się od tego, że matka mojej starszej córki odeszła ode mnie zabierając ze sobą nasze dziecko. Kilka tygodni później odszedłem z Polsatu, można powiedzieć, że za porozumieniem stron. Po paru miesiącach od tych wydarzeń idę do bankomatu, sprawdzam stan konta, a tam -7 zł (słownie: minus siedem złotych). Patrzę na zimny ekran bankomatu z ujemną wartością i łzy zaczynają napływać mi do oczu. Wróciłem do domu, popłakałem się. Łzy leciały prosto ze mnie. Nie ryczałem jak dziecko, tylko było mi po prostu smutno. Zadawałem sobie pytanie, jak ja, stary dziad, ojciec, mogłem do tego dopuścić. Moja duma nie pozwalała mi żyć. Jak już wysuszyłem łzy zadzwoniłem do Tomka Iwana.

 – Tomek jestem w dupie jak nigdy, pożycz mi 5000 zł.

– Kiedy mi oddasz?

– Tomek, kurwa, nie wiem. Obiecuję, że jak tylko będę mógł to ci oddam.

Na drugi dzień złapaliśmy się na mieście i pożyczył mi pieniądze. Wtedy byłem w stanie zapłacić za przedszkole mojej córki i czynsz. Za chwilę nic nie miałem. Problem wrócił, a ja nie wiedziałem co robić. Wysyłałem CV, dostawałem oferty poniżej moich oczekiwań finansowych, np. w CD Projekt Red. Zadzwoniła do mnie Kayra z Groovebusterz, powiedziała „Red, będzie dzwonił do ciebie reżyser Paweł Bilski, chce żebyś zagrał u niego w filmie”, mówię – „Ok. Niech dzwoni”. Zaproponował mi zagranie w pojebanym filmie SkarLans w Skarżysku Kamiennej, w którym grała Kasia Cichopek, Michał Milowicz, Michał Koterski, Ibisz, jeden z braci Mroczków i, co najważniejsze, Jędker. Zdjęcia miały trwać tydzień, występowałem za darmo, ale z opłaconym dobrym hotelem i dojazdem. Stary, byłem w dole, co miałem zrobić? Pojechałem. Przyjeżdżam na miejsce wieczorem i dowiaduję się, że rano mam zagrać pierwszą scenę z Jędkerem. Trochę się stresowałem, bo wiesz, ja od ulicy stroniłem, a on był z Zip Składu. Przychodzę na plan, on z szerokim uśmiechem na twarzy wita mnie grubym gibonem. Jak to przy produkcji bywa, jest obsuwa, poszliśmy pogadać. Opowiadam mu o tym, że mnie baba zostawiła, wychodzi na to, że jego w tym samym momencie też. Potem kompletnie spizgani zagraliśmy tę pieprzoną scenę.

Po wszystkim siedzieliśmy razem w hotelu, nachlani i po innych używkach, bawimy się w pokoju. Zmęczony Andrzej (Jędker – przyp. red.) siedzi naprzeciwko mnie, patrzy i mówi „Nooo, mega luzik”, na co ja błyskotliwie „cipki i arbuzik”. Nasze umysły połączyły się w jeden, wzięliśmy kartkę i napisaliśmy piosenkę znaną jako Mega luzik


Czyli można powiedzieć, że talentem lirycznym wkupiłeś się do Monopolu.

<śmiech> Napisaliśmy to dla jaj, w tydzień skończyliśmy ten film. Andrzej poznał mnie na wylot. Ja wróciłem do Warszawy, a on pojechał na koncert. Minęły dwa tygodnie, dzwoni do mnie i proponuje, żebym razem z nim zagrał naszą piosenkę na zamkniętej imprezie dla Coca-Coli. Nauczyłem się tekstu i zgarnąłem 1000 zł. Stary, jak jesteś goły, to kafel za trzy minuty wygłupów to jest bardzo dużo. Prawie jedno miesięczne czesne w przedszkolu. Od razu oddałem też część Iwanowi.

Za następny koncert na jakichś dożynkach, kiedy zastępowałem leczących się z wizyty w Luzztrze DJ-a i wokalistkę, dostałem 6000 zł. Po powrocie do Warszawy odwiedziłem Jędkera w jego mieszkaniu na Żoliborzu. Siedział w pokoju, palił gibona i pokazał mi na swoim macu wypełnione od góry do dołu tabelki w Excelu z datami koncertów. Za jedne dożynki braliśmy 25 000 zł do podziału, a za remizy 12 000-15 000 zł.  Mieliśmy zabukowane 200 koncertów. Żeby być profesjonalnym powiedziałem mu, że potrzebuję dzień na zastanowienie i poprosiłem, żeby wysłał mi plik na maila. Następnego dnia wziąłem kalkulator, podliczyłem wszystko i doszedłem do wniosku, że po tym będę bogaty. Spotkałem się z nim następnego dnia i zgodziłem się pod jednym warunkiem – mogę robić to rok, bo traktuję to jako żart. Ludzie i tak myślą, że jestem świrem, wszystko mi jedno. Za rok i miesiąc się ewakuowałem.

Mogę powiedzieć, że Monopol pomógł mi zwalczyć depresję. Bardzo źle znosiłem to, że nie mogłem na co dzień widywać się z córką. Dodatkowo, dzięki temu przedsięwzięciu poznałem nie Polskę „B”, tylko „C”. To są bardzo fajni ludzie, biedni, ale porządni i wolni od nienawiści.

Piotr Tarasewicz/cgm.pl

Liczba koncertów robi wrażenie, ale Monopol z perspektywy czasu postrzegany jest jako niewypał, również komercyjny. Ile sprzedaliście płyt?

Nie mam pojęcia w ilu egzemplarzach rozeszła się pierwsza płyta, trzeba by zapytać Jędkera. Drugą sami tłoczyliśmy, zrobiliśmy masę kopii, które po prostu rzucaliśmy w tłum na koncertach. Mieliśmy kompletnie wyjebane na sprzedaż CD.


Uważasz, że to była dobra muzyka?

Nie <z lekkim znakiem zapytania w głosie>.


Czemu częściej można cię zobaczyć w towarzystwie Natalii Siwiec czy Dody, niż raperów?

To jest trochę zniekształcony obraz. Moi najbliżsi przyjaciele są spoza świecznika, z wyjątkiem Natalii Siwiec. Ale faktycznie, nie trzymam się zbyt blisko z raperami. Kiedyś, dawno temu, CNE mi powiedział, że jestem poza towarzystwem, bo nie chodziłem na hip-hopowe imprezy, np. w Hybrydach. Jest w tym sporo prawdy. Z drugiej strony, polscy raperzy, choć w sumie nie jest to tylko problem naszego krajowego podwórka, są dwulicowi jak nastoletnie panienki. Gdy ich spotykasz to wszyscy są super kolegami, a później obgadują cię za plecami. Tak ja to widzę, ale jest kilku, z którymi mogę wyjść na piwo.


Jak się poczułeś, gdy pierwszy raz usłyszałeś linijki Ostrego

„Red czyli w wolnym tłumaczeniu BURAK
Czy jest tak? Gadasz jak pizda, a pięć lat tu mieszkasz
Polaków nienawidzisz, a pięć lat polski chleb wpieprzasz”?

Było mi smutno. W czasach Obozu TA, kiedy z Ostrym byliśmy bardzo dobrymi ziomami, przyjeżdżał z Łodzi do Krakowa i mieszkał u mnie po dwa, trzy tygodnie. Wtedy dziewczyna, z którą pomieszkiwałem, prała jego brudne skarpety i przepocone gacie. Załatwiałem mu jedzenie, poznał nawet moich dziadków, którzy już nie żyją, no i wiedział, że jestem pół-Polakiem związanym z tym krajem. Moja babcia, dziadek i mama byli Polakami, o czym wiedział. Dlatego zdanie „nienawidzisz Polaków” boli. Ale jestem pewny, że teraz jakbyśmy się spotkali na kawę, gadalibyśmy godzinami, o wszystkim i o niczym, a może nawet powiedziałby, że jest mu za tamte linijki najzwyczajniej głupio. Tak przynajmniej przypuszczam.


A o co poszło?

Poszło o to, że chcieliśmy być jak Wu-Tang Clan, czyli jeśli komuś z nas [Obozu TA] uda się wydać legalną płytę, to zaprasza na nią innego z ekipy, żeby sobie pomagać i windować rozpoznawalność Obozu. No i kurwa, na pierwszej płycie Ostrego, Masz to jak w banku, są trzy bity podpisane jako Nestor. Wiesz kto to jest Nestor?


Coś dzwoni, ale nie wiem, w którym kościele.

Nie wiesz i mało kto wie. Nestor to Spinache, z którym tworzyliśmy Obóz TA. Miał też drugą ekipę Thinkadelic, która miała kiepski PR, bo wtedy była moda na twardą ulicę, a oni byli bardziej w stylu De La Soul. Tytus (długoletni wydawca O.S.T.R. – przyp. red.) z Asfaltu powiedział Ostremu, że album jest dobry, ale nie może być podpisany żaden bit jako Spinache’a. Spinache się zgodził i wymyślił ksywę Nestor. Ja po tym, niestety do spółki ze swoją wyszczekaną mordą, zrobiłem awanturę Ostremu. Powiedziałem mu, że jest chujem i pluje na naszą umowę. Nie ma featów, są tylko dziwnie podpisane bity. W międzyczasie zrobiłem pierwszą płytę Red’s Bobyahedz Odyseya 1 i zaprosiłem wszystkich z Obozu, oczywiście nie zmieniając im pseudonimów. Postawiłem wtedy ultimatum chłopakom z TA, że albo wyrzucają Ostrego, albo mnie. Zdecydowali, że ja zostaję. Później w kawałku Początek rapował „Był pewien zespół, charakter zepsuł sześciu, trzech jest ok, trzech raczej skreśl już” to było o mnie, Spinache’u i Mizonie, który podczas jakiegoś teledysku do Masz to jak w banku przyszedł na plan i przypierdolił Ostremu. Nie wiem czy z otwartej, czy z pięści, ale go uderzył. Na Al-Hubie była bardzo przyjacielska atmosfera ze wszystkimi poza Ostrym. On po prostu nagrał swój kawałek i tyle.


Zahaczając jeszcze na chwilę o temat twojej przeszłości i narodowości. W połowie jesteś Chorwatem, a jeszcze całkiem niedawno na Bałkanach toczyły się dwie krwawe wojny, z czego ostatnia w latach 90. Jak ją wspominasz i jakie twoim zdaniem jest oddziaływanie tych konfliktów na obecną Chorwację?

Przeżyłem rok wojny jako 12-13 latek. Każdego ranka z babcią trzymaną za rękę robiłem slalom między trupami w drodze po bułki. Nie pochodzę z bloków i w rapie nigdy nie zgrywałem gangstera, ale swoje gówno przeżyłem.

<przeciągająca się chwila ciszy> To będzie przykre co powiem, ale myślę, że wpływ wojny na obecną Chorwację jest pozytywny. Ludzie są tak głupi, że niezależnie od rasy czy kultury zawsze dążą do wojny. Po jej zakończeniu wzrasta empatia. Obywatele jednego kraju bardziej się lubią, powstaje wiele nowych miejsc pracy itd. Cały czas ktoś mi zarzuca, że w Czerwonej kartce mówię „przyjacielu, bratku”, ale to jest właśnie wzięte z tej kultury. Chorwaci bardzo mocno trzymają się razem, przez co zwracają się do siebie w ten sposób.

Teraz mam parę dni wolnego i jadę do swojej Dalmacji. To może jest naiwne, ale siadamy tam na plaży, pijemy kawę, cieszymy się jej smakiem i zachodem słońca. Głupio brzmi być prostym, ale my doceniamy proste rzeczy, bo niedawno nawet tego nie mieliśmy. Wiele „zachodnich” udogodnień jeszcze do nas nie dotarło. Na ulicach Splitu (drugiego co do wielkości miasta w Chorwacji – przyp. red.) nie widzisz reklam najnowszych gier, a młodzi cały dzień biegają za piłką. Ja jestem najgrubszy w Chorwacji. Ale wiadomo, są też negatywne skutki. Jak w Polsce spotkam Serba, to luz. Pogadamy, pośmiejemy się. Jednak jeśli Serb mnie wkurwi na Bałkanach, a ja wypiję trochę rakii, to mam ochotę rozbić mu butelkę na łbie i napluć w ryj. Nie lubimy też o tym rozmawiać, teraz robię wyjątek. Takie podejście ma moje pokolenie i starsze, młodzi są ponad tym. Np. jak jesteś gwiazdą rapu w Serbii, to grasz koncerty w całym regionie.


Wróćmy do teraźniejszości i wojen mniejszego kalibru. O co chodzi w twojej internetowej przepychance z Paluchem?

W sumie to mam z tego bekę. Przy tej okazji musiałem poczytać, co ludzie piszą w komentarzach. Nazywają mnie atencjuszem. Ja już nie wiem, czy jestem tak głupi, że nie rozumiem tego słowa, ale słyszę od wielu osób, że od kilku ładnych lat na każdym koncercie Paluch krzyczy do swojej publiczności „kto nie skacze, słucha Reda”. Ja po pięciu latach siedzenia cicho, grzecznie mu odpowiadam: nie wiem o co ci chodzi, zachowujesz się jak pogodynka, chciałbym się z tobą spotkać i wyjaśnić to twarzą w twarz – bo nigdy go nie widziałem na żywo. Dlatego zastanawiam się, czemu to ja jestem postrzegany jako atencjusz, a nie ktoś, kto od kilku lat mnie zaczepia.

Mówią, że go atakuję, bo jest na topie, a ja chcę się wybić na jego popularności. Dlatego mam do ciebie pytanie. Czemu taki Paluch, który teraz jest na najwyższej półce polskiego rapu i sprzedaje wszystko w mgnieniu oka, atakuje mnie, czyli kogoś, kto podobno od 100 lat jest zapomniany?


Nie masz pojęcia, dlaczego to się dzieje?

Nie, chociaż faktem jest, że zaczęło się po Monopolu.


Z mojej, w miarę obiektywnej perspektywy, Paluch atakuje cię, ponieważ jego wizerunek medialny oparty jest na byciu antykomercyjnym. Zresztą taki koncept ma jego cała ostatnia płyta. Czy tobie się to podoba, czy nie, jesteś postrzegany jako celebryta. Moi znajomi, z którymi co najmniej raz na trzy miesiące oglądam twoją rozmowę z Konradem Niewolskim o teoriach spiskowych, znają cię dzięki temu, a nie muzyce. Red jest tym gościem z mediów. Dla wielu fanów rapu jesteś też, a może przede wszystkim, beatmakerem, ale od jakiegoś czasu częściej udzielasz się w projektach, które nie są stricte muzyczne. Dodajmy sobie Monopol i mamy odpowiedź, dlaczego akurat ciebie atakuje Paluch. Oczywiście możemy dyskutować, czy robi to fajnie i jaki ma to w ogóle sens, ale sam powód konfliktu widzę w ten sposób. Mówisz, że się nie poznaliście, więc nie ma mowy o aspektach prywatnych.

Rozumiem cię, ale nie wiem, dlaczego nie obraża kogoś bardziej znanego. Poza tym, Paluch jest ojcem, biznesmenem, wszystko mu wychodzi. Nie jest mu głupio wykrzykiwać takie durne, dziecięce hasła?


Wiesz, każdy raper jest trochę dzieckiem, a jak w pełni dorasta, to przestaje robić rap.

Odchodząc już od tego, pojęcie komercji i mnie jako celebryty jest w Polsce bardzo źle pojmowane. Mam Al-Hub, ogromną wiedzę o hip-hopie, wyprodukowałem cały kanał Polsat Café, kurwa, ja nie jestem znany z tego, że jestem znany. Coś tam w życiu zrobiłem. Sokół, z którym dalej się trzymam, po Monopolu powiedział mi „Red, można ciebie lubić albo nie, ale jako producent zawsze będziesz świeży”.


Kto dla ciebie był pierwszym raperem w Polsce?

<śmiech> Szaranowicz.


Nie Liroy?

To co wyprawiał Szaranowicz podczas starych meczów polskiej reprezentacji przebija każdego. Marzę o tym, żeby być jego menedżerem i załatwić mu występ na jakiś bitwach freestylowych. A tak na poważnie, to wiadomo, że Liroy jako PM Cool Lee.


A teraz od drugiej strony. Który polski raper najlepiej się zestarzał?

Borixon. Bardzo podoba mi się to, co teraz robi i w którą stronę poszedł po Gangu Albanii.

Czego obecnie słuchasz?

Jestem wielkim fanem nowej płyty Chrisa Browna Indigo. Obecnie słucham Gashiego, piosenkarza/rapera pochodzącego z Kosowa, którego kariera w USA nabiera rozpędu, ostatniej płyty Jima Jonesa i Big Bad… Giggsa, choć generalnie nie przepadam za angielskim rapem. Wciąż uwielbiam A$AP Mob, Wiza Khalifę i Ty Dolla $inga. Czasami puszczę coś 21 Savage’a, Travisa Scotta czy Future’a.


Gdy zjedziemy do komentarzy pod Czerwona kartką, to poza szarakami, żartami z twojego sposobu witania lub mówienia „bratku” zobaczymy prośby o to, żebyś zaprosił Winiego. Pod jego rozmowami też takie komentarze się pojawiają. Czemu to spotkanie jeszcze nie doszło do skutku?

Spotkałem się zupełnie przez przypadek z Bonsonem na plaży w Chorwacji. Zrobiliśmy szybką relację na Instagramie, nasze wydziarane żony od razu się polubiły i tak od słowa do słowa, mówię do niego, żeby załatwił mi wywiad z Winim, bo już wszyscy mi o tym trują. Ja osobiście czuję, że to może być chujowa rozmowa, choć zupełnie go nie znam prywatnie. Widziałem kilka jego rozmów i wydaje mi się, że nie mamy tego samego vibe’u.

Bonson z nim zagadał, napisał do mnie jeden z pracowników Stoprocent z ich konta na Insta, że jak Wini będzie w Warszawie to się odezwie. Minęło osiem miesięcy, a ja wciąż czekam. Pomimo swoich przeczuć nie mam nic przeciwko i chętnie coś z nim nagram, niezależnie, który z nas będzie prowadzić.


Tak już na koniec. Ile było żartu w odcinku Czerwonej kartki z Konradem Niewolskim o teoriach spiskowych, czy jak ty lubisz je nazywać „teoriach prawdy”, a ile powagi?

100% powagi. Ja nie jestem ekspertem od fizyki, geografii, teologii czy innych nauk wyjaśniających teorie spiskowe. Nie musisz mi wierzyć, ale przez takie rzeczy jak Czerwona kartka z Konradem Niewolskim chcę po prostu przekazać ludziom, że świat nie wygląda tak, jak kreują go media, politycy oraz wielkie korporacje. Chciałbym, żeby każdy zadawał pytania i nie bał się trudnych odpowiedzi.

Działając w zgodzie z rozporządzeniem RODO prosimy o zapoznanie się z Polityką prywatności serwisu.
Kontynuując przeglądanie strony wyrażasz zgodę na używanie plików cookies. Aby dowiedzieć się więcej zapoznaj się z naszą Polityką plików cookies.