Taconafide – SOMA 0,5 mg

Taconafide – <em>SOMA 0,5 mg</em>
Taconafidex

Obaj aspirowali do bycia głosami swojego pokolenia. Albo na dobre porzucili te aspiracje, albo, jak to sam powiedział kiedyś Taco Hemingway, jest głosem pokolenia, które nie ma nic do powiedzenia.


Kiedy na początku roku CGM zabawił się w recenzowanie, wtedy jeszcze wyimaginowanej płyty Taco Hemingwaya i Quebonafide, poza odczuwaniem uderzeń gorąca z zażenowania liczyłem, że taki album kiedyś naprawdę powstanie. Myślałem wtedy o płycie koncepcyjnej, przeplatającej niewątpliwą umiejętność opowiadania historii przez Warszawiaka i świetnie odnajdującego się w obecnie panujących trendach Quebo, który czerpałby garściami z Eklektyki i bardziej popowych brzmień. Odczuwałem przy tym, co prawda umiarkowane, ale jednak podniecenie z powodu zamieszania i liczb, jakie ten projekt by osiągnął. Niestety kompletnie się zawiodłem.

Płyta zaczyna się cytatem z Nowego Wspaniałego Świata Aldousa Huxleya. W przytoczonym fragmencie antyutopijnej powieści jest wzmianka o tym, że przyjęcie grama somy wywołuje euforię. Taco Hemingway i Quebonafide nazwali swój album Soma 0,5 mg. Czyli 0,0005 g. I mniej więcej taką ilość szczęścia dostarczyła mi ta płyta.

Pierwsze cztery nagrania obudziły we mnie nadzieję, że może jednak nie będzie tak źle jak myślałem. Po odstającym tematycznie od reszty płyty Intro, za którego produkcję odpowiada Rumak i Steez, przychodzi czas na wyróżniającą się niekonwencjonalnym, klimatycznym beatem Metallicę 808. Budujące jest, że nie tylko tytuł nawiązuje do gitarowego brzmienia, ale także wiele prostych, lecz cieszących słuchacza otwartego na różne brzmienia odniesień do rocka. Żałuję tylko, że w refrenie, gdzie Quebonafide odwołuje się do Tak… tak… to ja Grzegorza Ciechowskiego, nie zostały wplecione chociaż delikatne klawisze. Producent drugiego tracku, czyli Zeppy Zep, to, obok zwrotki w Giro D’Italia, najlepsze co Taco wniósł do tego projektu.

w Art-B, czyli pierwszej przystawce przed daniem głównym, które miało być nieoczywistą fuzją smaków, jak słony karmel, najgorsze jest to, że gdy wyszło z metaforycznej kuchni Taconafide smakowało jak mdłe, zrobione z kiepskiej jakości goudy, koreczki serowe. Przyrządzone z powodu braku pomysłu i podane na bardzo eleganckim talerzu. Uważałem, że nagranie kompletnie nie wykorzystuje potencjału tej dwójki. Najgorsze jest jednak to, że po kilkukrotnym przesłuchaniu płyty dochodzę do wniosku, że jest jednym ze szczytowych momentów ich kooperacji.

Pierwszym objawem tego, że zaproszenie gości na tę płytę i wymieszanie Somy 0,25 mg z albumem mogłoby się sprawdzić lepiej, niż ostateczna wersja, jest wyprodukowany przez 2K i Sergiusza Ekodiesel, w którego remixie udziela się Paluch. Prezentuje to, czego najbardziej brakuje pół miligramowej Somie, czyli luz i zabawę formą. Nagranie mogłoby być miłym, klimatycznym przejściem na dobrej płycie. Tutaj „niestety” wyróżnia się lekkością dlatego, że przy słuchaniu większości utworów towarzyszy mi nieodłączne wrażenie, że w mniejszym lub większym stopniu, ale zostały zrobione na siłę.

Później okazuje się, że brakuje również bardziej zaangażowanych treści. Dominują takie nagrania, jak ckliwe i banalne Wiem aka Sentymenty, Tamagotchi, czy współczesna wersja Jedwabiu Róż Europy, czyli Mleko i miód. Tutaj nie chodzi o śpiewanie. Nie mam z tym problemów. Raperem, na którym się wychowywałem jest Lil Wayne – autotune i zawodzenie na kształt śpiewu to rzeczy, które truskulowych polskich słuchaczy doprowadzają do wyrywania włosów z głów, a dla mnie są chlebem powszednim. Te kawałki po prostu są tak mocno stargetowane na 15-letnie fanki Somersby, że już po pierwszym refrenie zaczynam mieć nudności. A gdy do moich słuchawek dochodzi bridge:


„Kiedy ona dzwoni, lubię jak mój iPhone brzęczy
Znowu mnie tu nie ma, ona znowu za mną tęskni”


w moim żołądku rozpoczyna się pielgrzymka w intencji uwolnienia kaczki na gorącym półmisku, którą zjadłem na obiad. A szkoda, bo to kolejny zmarnowany beat z potencjałem.

W tym utworze niestety na dobre rozpoczyna się klimat towarzyszący albumowi już do końca, czyli rozterki godne nastolatka z bogatego domu. Dużo mówię o pieniądzach, ale nie jest ze mnie taki zimny drań jakim chciałbym być, bo nie mogę znaleźć prawdziwej miłości. Seks to nie wszystko. Chlip, chlip <w sumie muszę przyznać, że po 30 odsłuchu uważam ten refren za całkiem chwytliwy>. Taco i Quebo uważają Wiem za czarnego konia płyty. Ja nawet jestem w stanie to zrozumieć, bo to ich najbardziej melodyjne nagranie. Ale no kurcze koziołki (ten tekst pewnie przeczyta spora grupa dzieci, dlatego chciałem zastąpić zadomowione na stałe w mojej głowie „no kurwa”), jakby wata cukrowa nagrywała rap to pewnie tak by brzmiał.

Później, chyba żeby mnie wykończyć, wrzucili Tamagotchi, przy którym przeżyłem pierwsze załamanie i musiałem zrobić sobie dłuższą przerwę. Słuchając go, od razu wyobrażam sobie młode fanki Dawida Podsiadło, które stwierdziły, że przeżyją romans z rapem. Piją sobie kakao, siedzą na parapecie w zakolanówkach i patrząc na świerk za oknem myślą o Kacprze z 8A, który nie odpisał im od 30 minut – mimo, że odczytał – w tle może lecieć Stranger Things (dopasowując się do tekstu utworu).

Watch the Throne pokazuje, że da się połączyć sukces komercyjny z przesłaniem – Niggas in Paris i Murder to Excellence. Chociaż, gdy spojrzałem na to z boku pomyślałem, że może to i dobrze, że polscy potentaci przemysłu rozrywkowego w dużej mierze darowali sobie problemy społeczno-gospodarcze. Bo gdy Taco Hemingway próbował poruszać tematy polityczne kręciło mi się w głowie bardziej, niż gdy po raz kolejny wlewał swoje uczuciowe pomyje prosto do moich uszu.


„Moim miastem hucznie maszerują nazi
Młodzież tu hailuje bo brakuje pracy”


Panie Szcześniak. Używam tym razem nazwiska zamiast pseudonimu, ponieważ obstawiam, że to bardzo osobiste przemyślenie. Nie posiadam doktoratu z socjologii, ani tym bardziej ekonomii, ale tak się składa, że mam 21 lat i kilka miesięcy (więc ledwo, ale według niektórych definicji jeszcze zaliczam się do – pięknie brzmiącej – grupy młodzieży). Całe swoje życie spędziłem w tym samym mieście, o którym pan rapuje. Ba, większość tego czasu nawet w okolicach rozchwytywanego w pańskiej twórczości Muranowa oraz Śródmieścia i zapewniam, że nie żyjemy w Niemczech okresu dwudziestolecia międzywojennego. Może gospodarka naszego kraju nie zasługuje na szóstkę z plusem, ale żeby uszczknąć trochę z góry drogocennych dóbr, jakie duet Taconafide zarobi na tym projekcie, mogę postawić dolary przeciwko orzeszkom, że brak pracy jest jednym z ostatnich powodów skrajnie prawicowych odchyłów w grupie wiekowej 13-21. W szczególności, jeśli chodzi o nastolatków z Warszawy, których głowy niespecjalnie zaprząta niełatwy rynek pracy. Zarówno lewicowa, jak i prawicowa skrajność światopoglądowa budzi we mnie odrazę. Powódką młodych ludzi machających wyprostowanymi rękami na Alejach Jerozolimskich jest złe rozumienie pojęcia patriotyzmu i bardzo gładkie mózgi, a nie brak pracy.

Kolejną zmorą, która najpewniej będzie się długo ciągnęła za tym albumem, są Kryptowaluty. Nie ma się tutaj niestety nad czym rozwodzić. Niezbyt zgrabnie zerżnięty beat, niczym trapowe brzmienie biorące hurtem cały świat, już w przedbiegach dyskwalifikuje ten kawałek. Z jednej strony szkoda, bo na tle całej płyty wypada nieźle. Z drugiej strony nie brzmi zbyt dobrze, gdy włączymy sobie najpierw oryginalną wersję Meek Milla i Tory’ego Laneza (co ciekawe, odwołanie do Kanadyjczyka pojawia się w zwrotce Taco Hemingwaya dwa utwory później).

Kolejnym dowodem na to, że płyta nie wyszła najlepiej z powodu braku zamysłu i nie najlepszych decyzji artystycznych, jest zostawienie kompletnie nijakiego Pinu i niepotrzebnego Sectusempra na albumie (według Qebonafide Pin zawiera jego najlepszą zwrotkę na płycie – jeśli te kilkanaście wersów jest szczytowym momentem jednego z najbardziej rozchwytywanych raperów w tym kraju, na najbardziej wyczekiwanej płycie ostatnich kilku lat w Polsce, to ja pozwolę sobie zostawić to bez komentarza), a umieszczenie na mixtape’ie znakomitego nagrania Moje demony uciekły na urlop z Białasem. W tym kawałku zagrało wszystko. Rewelacyjny, przestrzenny, nostalgiczny beat i szczerość tekstu. Absolutnie najlepsze nagranie, jakie powstało przy okazji Taconafide obok 8 kobiet, produkcji Phama – oczywiście w wersji z Bedoesem.

Gdy pierwszy raz, notabene 1 kwietnia, zobaczyłem tracklistę Somy pomyślałem, że to rzeczywiście może być żart. Choć w sumie przez chwilę po moich zwojach mózgowych sunęła iskra naładowana myślą, że jak się zrobiło te sześć zer, to można sobie pozwolić na osiem kobiet. Już pierwsza parzysta cyfra przedstawicielek płci pięknej to droga (nie tylko materialnie) zabawa. Wierzcie mi, wiem co mówię.

Nagranie trwa ponad 3 minuty, czyli dość standardowo, ale wydaje się o wiele krótsze. Brawo. Niewiele nagrań na tej płycie odtwarzałem z własnej, nieprzymuszonej woli, a nie dziennikarskiej powinności. Jednak żeby nie było tak kolorowo, po usłyszeniu wersji z SOMY 0,25 mg już nie wracam do pierwotnego kawałka. Bedoes i Białas to chyba najwięksi wygrani całego projektu sygnowanego logo Taconafide. Bydgoski raper zrobił coś, czego nie udało się dokonać dwójce głównych bohaterów – zwrócił moją uwagę. Płaczącym refrenem, przypominającym drugą, „pijaną” część U Kendricka z To Pimp a Butterfly. Dobra. Trochę się zagalopowałem. Kendrick miał też solidne zwrotki. Mimo to, brawo młody Borku, zdobyłeś moją uwagę na tworze, który od początku mnie odrzucał.

Jeśli chodzi o brzmienie i dobre decyzje, to na pewno na pochwałę zasługuje Nóż, za jeden z najciekawszych i zdecydowanie wyróżniających się na tle reszty instrumentali, który niestety psuje tekst:


„Byłem jak Brutus, wbiłem ci w plecy nóż
Choć to na moim ciele kuku, psychika Mewtwo
Mood mam jak Lassie, wróć”


Całkiem przyjemny letniak w stylu Drake’a, czyli Visa. Ale ile razy można odwoływać się do tej samej malarki? Jeśli kiedyś powstanie SOMA 1 mg to obstawiam, że na co trzecim utworze będą odwołania do Basquiata. Tymczasem wymienię pierwsze przychodzące mi do głowy malarki, które mogłyby zastąpić Fridę Kahlo w nawiązaniach: Joan Mitchell, Marlene Dumas, Whitney Biennial.

Obstawiam, że wy, moi drodzy czytelnicy wiecie, że meksykańska malarka nie była jedyną kobietą parającą się tym zawodem. Ale nie wiem jak z wiedzą Taco Hemingwaya i Quebonafide, więc myślę, że ta krótka lista może trochę pomóc z urozmaiceniem ich warstwy lirycznej.

Giro D’Italia – to według Taco Hemingwaya jego najlepsza zwrotka na płycie. I ja się z tym zgadzam. Parę fajnych porównań, np: „Żadne radio, skreślam Eskę jakbym robił dolce”. Ale to wciąż nic, co zwaliło by mnie z nóg.

Utwór Soma to zaskakująco przyjemne zakończenie tej nużącej podróży. Poza paroma momentami czułem się jak 20 latek na zielonej szkole w gimnazjum. Ogromna ilość mało finezyjnych i trywialnych porównań oraz ogromny niedobór kreatywności. Praktycznie przez całą płytę wałkowane są te same patenty. Łamane flow, piłkarskie przenośnie i, przeważnie banalne, odwołania do innych artystów. Na pojedynczych kawałkach nie ma w tych rzeczach nic złego. Jestem w stanie puścić je mimo uszu. Ale jeśli muszę ich słuchać przez ponad 50 minut, robią się nieznośne.

Wcześniej napisałem, że największymi wygranymi całego przedsięwzięcia o nazwie Taconafide są Bedoes i Białas. A skoro ktoś wygrał, to ktoś inny musiał przegrać. O ile finansowo na pewno wszyscy są wielkimi zwycięzcami, o tyle artystycznie największą klęskę poniósł Quebonafide. Już po napisaniu tego tekstu doszło do mnie, jak mało poświęciłem czasu jego postaci. O ile Taco dostało się tutaj kilkanaście razy, to on dominuje jeśli chodzi o aspekt muzyczny. Tak kolorowa postać jak Que, z którą z tego duetu muzycznie bardziej sympatyzuję, nie pozostawiła w mojej głowie praktycznie żadnego śladu, po naprawdę wielu odsłuchach, zarówno mixtape’u, jak i płyty.

Jako wielkiemu fanowi muzyki i osobie, które z zainteresowaniem słuchała ich solowych materiałów, jest mi trochę przykro, że Soma 0,5 mg jest dla mnie tak bardzo niestrawna i jawnie bije z niej brak pomysłu i chemii między artystami. Obaj panowie aspirowali do bycia głosami swojego pokolenia. Albo na dobre porzucili te aspiracje, albo, jak to sam powiedział kiedyś Taco Hemingway, jest głosem pokolenia, które nie ma nic do powiedzenia. Fragment ostatniej zwrotki na płycie powinien ją otwierać. Myślę, że byłaby to świetna zapowiedź tego, co czeka słuchacza:


„Nie ma co znowu się mazać i bać
Powitajmy nowy, wspaniały świat
Nawet jak jest taki sobie
Nawet jeśli raczej bywa plastikowy
Jeśli stan umysłu znowu masz niezdrowy
No to zaaplikuj sobie od nas dawkę somy”


Działając w zgodzie z rozporządzeniem RODO prosimy o zapoznanie się z Polityką prywatności serwisu.
Kontynuując przeglądanie strony wyrażasz zgodę na używanie plików cookies. Aby dowiedzieć się więcej zapoznaj się z naszą Polityką plików cookies.