W końcu dowiedzieliśmy się, kto został nowym władcą Westeros

W końcu dowiedzieliśmy się, kto został nowym władcą Westeros
HBO

Jeśli myśleliście, że istnieje szczęśliwe zakończenie, najwidoczniej nie zwracaliście uwagi.


Uwaga: artykuł zawiera spoilery.

Wszystko co dobre szybko się kończy. Gra o tron towarzyszyła nam co prawda przez ostatnią dekadę, ale nawet dziesięć lat istnienia serialu nie powstrzymało komentarzy oskarżających showrunnerów o zatrważające wprost tempo, z jakim pędzili do finałowego odcinka serialu. Finałowego, wieńczącego, definitywnego i, przede wszystkim, nieodwracalnego. Bo bądźmy szczerzy – ile podpisów nie zebrałoby się pod petycją domagającą się ponownego nagrania ostatniego sezonu, dostaliśmy już swoje zakończenie, czy nam się to podoba, czy nie.

Po tych słowach możecie chyba domyślić się mojej opinii na temat finału serialu. Ramsay Bolton najwyraźniej miał rację mówiąc, że happy ending nie jest nam dany. Właściwie dlaczego tak bardzo mnie to rozczarowało? Gra o tron nie jest przecież pierwszym serialem z tragicznym zakończeniem. Nie tak dawno wyemitowano przecież najgorszy sezon House of Cards, a kilka lat wstecz w fatalny sposób przyszło nam pożegnać się z bohaterami Zagubionych. Mimo wszystko twórcy przez wiele lat prowadzili rewelacyjną historię, która wydawała mi się trudna do zepsucia. A jednak.

Nie będę przesadnie rozwodzić się nad finiszem historii, bo ręce opadły mi do podłogi i zwyczajnie brak mi słów, ale Peter Dinklage miał rację mówiąc o słodko-gorzkim finale. Znaczna część bohaterów dostała przecież szczęśliwe zakończenie. Sansa została królową niezależnej Północy, Tyrion zawsze świetnie czuł się w roli namiestnika, Arya może spokojnie ruszać w nieznane, Bronn dostał zamek, Podrick tytuł, a Jon chyba i tak najszczęśliwszy był zawsze za murem. Do zdecydowanie mniej szczęśliwych należą choćby Szary Robak i Brienne, ale nawet oni zostali pożegnani we właściwy sposób. Więc co poszło nie tak?

Dogłębnie boli mnie historia Daenerys, którą pięknie podsumował Tyrion w jednej ze swoich rewelacyjnych przemów. To prawda, kibicowaliśmy jej, kiedy mordowała setki złych ludzi, bo w końcu byli tylko złymi ludźmi. I może faktycznie zawsze miała w sobie nutę chłodu i szaleństwa, ale czy kogoś jeszcze to dziwi? Jej przemiana w Szaloną Królową była zbyt szybka i nikt nie przekona mnie do zmiany zdania. Tak samo szybka była cios w serce, niespodziewany i zadany przez kogoś, kogo w tym sezonie najłatwiej porównać do niezdecydowanego labradora. Niby wypełniła się w ten sposób wizja, którą widzieliśmy w Domu Nieśmiertelnych, ale wciąż – Danka, zasługiwałaś na więcej.

HBO

Oczywiście jak zwykle były sceny, które całkowicie skradły cały odcinek. Zaliczam do nich choćby wszystkie chwile z udziałem małego człowieka o dużym sercu oraz Drogona palącego Żelazny Tron i zabierającego gdzieś ciało Daenerys. No i wszyscy musimy odnotować, że w końcu ktoś należycie zajął się Duchem.

Jaki jest więc finał? W Westeros zapanowała pośrednia demokracja, a Żelazny Tron zastąpiono wózkiem inwalidzkim. Gdy tylko okazało się, że królem Siedmiu (a właściwie Sześciu) Królestw ma zostać Bran, liczyłam już tylko na jedno – na ostatnią scenę, w której otworzy niebieskie oczy. Jak można przypuszczać, nie doczekałam się. Co mogę więc powiedzieć w ogólnym rozrachunku? Naprawdę cieszę się, że to koniec, bo chyba nie chciałabym poznać dalszej części tej historii. Teraz będę mogła na nowo skupić się na nowych książkach George’a R.R. Martina (które, mam nadzieję, ujrzą kiedyś światło dzienne), licząc, że jak na pisarza przystało, zrobi to lepiej, a ja będę mogła zapomnieć o tym niefortunnym sezonie. Davidowi Benioffowi i D.B. Weissowi mam za to do powiedzenia jedno słowo: dracarys.

Działając w zgodzie z rozporządzeniem RODO prosimy o zapoznanie się z Polityką prywatności serwisu.
Kontynuując przeglądanie strony wyrażasz zgodę na używanie plików cookies. Aby dowiedzieć się więcej zapoznaj się z naszą Polityką plików cookies.