Widzieć czy nie widzieć?

<em>Widzieć czy nie widzieć?</em>
Zdjęcia: juliaaltmann Julia Altmann

Tym razem rozmawiałem z Wojtkiem Makowskim, 28-latkiem, który może poszczycić się medalem paraolimpijskim, albumem studyjnym i szczęśliwym życiem na własnych zasadach pomimo bycia niewidomym.


Kiedy zaproponowałem wywiad w formie spędzenia dnia razem nie wziąłem pod uwagę jednej ważnej rzeczy – ja jestem szlajającym do późna dziennikarzem, a Wojtek wzorowym sportowcem. Musiałem się jednak dostosować i z niemałymi problemami dotarłem do jego mieszkanie po siódmej. Drzwi otworzył mi uśmiechnięty, dobrze zbudowany chłopak w ciemnych okularach. Zaprosił mnie do stolika, przy którym jadł owsiankę.

W jednym z wcześniejszych wywiadów powiedziałeś, że nie lubisz określenia „niewidomy”. Mogę go używać, czy jednak wolałbyś, żebym mówił o dysfunkcji wzroku?
Niestety trzeba go używać, ponieważ w języku polskim nie ma lepszego określenia. A to, że go nie lubię, to już moja prywatna sprawa i muszę z tym żyć. Zdecydowanie jest najbardziej neutralne, przeszkadza mi tak naprawdę tylko „nie” na początku. Od razu sprawia, że negatywnie myślimy o osobach z dysfunkcjami, a wielu z nas naprawdę jest na „tak”. Słowa tworzą rzeczywistość, dlatego chciałbym, żeby powstało lepsze określenie. Dużo czasu spędzam sam ze sobą w wodzie i mam takie dziwne przemyślenia <śmiech>.

Na razie nie mieliśmy więcej czasu na pogawędki. Trzeba było się przetransportować na trening.

Jak zazwyczaj przemieszczasz się po mieście?
Gdy jestem sam to praktycznie tylko Uberem. Jest dla mnie najszybszym i najbezpieczniejszym rozwiązaniem – odpowiedział, po czym zamówił kierowcę.

Żyjemy w czasach, kiedy większość ludzi w naszym wieku załatwia wszystko przez telefon, jak się w tym odnajdujesz? – zapytałem w biegu, gdy zarzucał na plecy duży sportowy plecak i szybkim ruchem zgarniał worek treningowy.
Mówiąc potocznie, jeśli telefon gada (przyp. red. ma wbudowany syntezator mowy), to jestem w stanie korzystać ze wszystkich aplikacji, jakich używa przeciętny człowiek. Mogę skrolować Facebooka, czytać wiadomości czy wysyłać maile. Używam iPhone’a, ponieważ moim zdaniem jest najlepiej przystosowanym telefonem dla niewidomych na rynku. Kiedyś, gdy królowała Nokia, musiałem opanować klawiaturę, gdzie pod jednym przyciskiem znajdowało się kilka liter, a smsy ktoś mi po prostu musiał czytać. Dzisiaj jest naprawdę dobrze, nie chciałbym żyć 20-30 lat temu.

Po przebyciu krótkiego odcinka od drzwi do podjazdu, już na nas czekał kierowca w czarnym samochodzie. Był bardzo miły i widać, że pomagał Wojtkowi nie dlatego, że musi, tylko chce. Rozsiedliśmy się na tylnej kanapie i wytłumaczyliśmy czemu koleżanka Julia cały czas robi nam zdjęcia. Choć przemieszczamy się samochodem, to chyba dobry moment, żeby zapytać o życie w Warszawie.

Od dawna tu mieszkasz. Czy stolica jest przyjazna dla niewidomych?
Myślę, że tak. Naprawdę wszystko jest nieźle rozplanowane. Pojawia się coraz więcej przystosowanych dla nas sygnalizacji świetlnych, kanalików dla białych lasek, znajdziemy wiele przydatnych oznaczeń, np. przejść dla pieszych. Od jakiegoś czasu mówi się o standaryzacji oznaczeń w miastach na całym świecie. Jeszcze oczywiście nie jest to idealnie rozwiązane, ale zmierza w dobrym kierunku. Druga strona medalu jest taka, że wiele zależy też od nas, niewidomych. Kiedy wychodzimy z domu musimy być cały czas skupieni, często nie jestem w stanie rozmawiać i jednocześnie przemieszczać się, o słuchaniu muzyki nawet nie wspominam, ponieważ w tym momencie opieram się prawie całkowicie na swoim słuchu.

Po ósmej dojechaliśmy do nowoczesnego basenu należącego do WUM. Chwilę błądziliśmy szukając szatni. W końcu Wojtek wyszedł gotowy na trening razem ze swoją grupą i trenerem, Kacprem Rodziewiczem. Weszli do wody, gdzie spędzili najbliższe półtorej godziny. Ja w tym czasie oglądałem, jak wykonują nużące ćwiczenia, a z małego, przenośnego głośnika akompaniował im przebój z lat 80., który do dziś gości w polskich radiach – Voyage, voyage. Po hicie francuskiej piosenkarki rozmawiam chwilę z trenerem.

„Ostatnio próbuję go nauczyć gestykulacji. Bo zauważ, że tak jak wszyscy niewidomi, których znam, gdy mówi, to w ogóle nie komunikuje się gestami. Dla niego to coś nowego, w ogóle nie zwraca na to uwagi. A myślę, że opanowanie tego w jakimś nawet podstawowym stopniu mogłoby mu pomóc, chociażby przy udzielaniu wywiadów”.

Trening dobiega końca. Dla Wojtka nie ma taryfy ulgowej. Razem ze wszystkimi zbiera sprzęt. Trenuje z pełnosprawnymi nastolatkami, wykonuje takie same ćwiczenia co oni. Jego trener również jest niepełnosprawny, więc domyślam się, że wychodzi z założenia, że w tym przypadku nie ma nic lepszego, niż zapewnienie wszystkim równych szans, bez powierzchownego współczucia

Po treningu znowu wsiadamy do samochodu i kierujemy się w stronę domu.

Jak wyglądał początek twojej kariery?
Ja się w tym sporcie znalazłem zupełnie przez przypadek. Nauczyłem się pływać, gdy miałem osiem lat. Natomiast w Kielcach, czyli moim rodzinnym mieście, nie spotkałem się z czymś takim, jak pływanie osób niepełnosprawnych. Tylko w kilku miastach w kraju są sekcje pływackie, które zajmują się takimi osobami. Chodzi mi o „Start”, czyli Polski Związek Sportu Niepełnosprawnych. Z tym startem w naszym przypadku bywa różnie.

Do końca gimnazjum pływałem hobbistycznie, dzięki stowarzyszeniu, które moja mama prowadziła przy szkole, do której chodziłem. Robiłem to dlatego, że rodzice mnie wychowali w duchu sportu i od zawsze ruch był dla mnie jak potrzeba fizjologiczna.

Pełnosprawny pływak zapewne wybiera trenera tylko w kontekście przyszłych wyników. W Twoim przypadku jest tak samo, czy jednak wymagasz czegoś więcej?
Dla mnie wyniki i styl są oczywiście bardzo ważne, ale najważniejsze jest to, żeby był dobrym człowiekiem, chciał się zaangażować i kochał to co robi. Sport, który uprawiam, ma jeden newralgiczny moment – nawrót. Kiedy zbliżam się do ściany trener dotyka mnie tyczką w plecy, dzięki czemu wiem co zrobić. Na profesjonalnym poziomie niemożliwe jest, żebym wykonał ten manewr sam, a jest on kluczowy dla przebiegu całego wyścigu. Rola trenera w moim przypadku je st zdecydowanie większa niż u zwykłego pływaka, dlatego muszę go darzyć bezgranicznym zaufaniem, ponieważ powierzam mu nie tylko swoje wyniki, ale zdrowie, a w skrajnych przypadkach nawet życie.

Przeżyłem zmianę trenera i z pełną świadomością używam słowa „przeżyłem”, ponieważ naprawdę nie było mi łatwo. Ale popadłem w rutynę i zwyczajnie potrzebowałem zmiany. Nie bałem się tego, bo żyłem w przeświadczeniu, że zawodnik przywożący medale z dużych imprez nie będzie miał z tym problemu. Niestety okazało się, że się myliłem. Okrutną prawdą jest, że z trenowania mnie nie ma praktycznie żadnych korzyści finansowych, oprócz nagród za medale w zawodach międzynarodowych.

Dojechaliśmy do mieszkania, gdzie przywitała nas jego narzeczona, Magda. Chwilę porozmawiali, w międzyczasie wpadł ich sąsiad Leszek z wizytą, po czym Wojtek wziął listę zakupów i udaliśmy się do sklepu.

Według mnie, jeśli człowiek wejdzie uśmiechnięty i ładnie poprosi, to ludzie mu pomogą we wszystkim. Za rogiem mam Carrefoura, w którym znam całą ekipę, z niektórymi jestem nawet na „ty”. Panuje tam świetna atmosfera i zawsze mi pomagają.

Moje doświadczenia z obsługą w sklepach spożywczych są kompletnie inne, dlatego z rezerwą podchodzę do tych zapewnień. Już po przekroczeniu progu automatycznych drzwi okazało się, że mój sceptycyzm okazał się chybiony. Od razu przywitała nas uśmiechnięta pani, która radośnie ogłosiła reszcie pracowników „Wojtek przyszedł!”.

Po chwili, znalazł się już pod opieką młodej dziewczyny. Po włożeniu bezrękawnika z logiem francuskiego sklepu, lekko zestresowana naszą obecnością, ale bez utraty uśmiechu chwyciła koszyk i rozpoczęła wędrówkę między półkami z naszym głównym bohaterem. System jest prosty – on mówi czego potrzebuje, a ona pakuje to do koszyka.

Problemy pojawiają się tylko wtedy, gdy Wojtek postanowi zaszaleć. W jego koszyku znajdują się już jajka, jogurt, bułki, za chwilę wpadł do niego ryż (nic zaskakującego, w końcu kurczak z ryżem to fundament diety sportowca). Na szczęście kaszę jaglaną ominęliśmy szerokim łukiem. Wspominałem, że czasami do tego doskonale pracującego mechanizmu wedrze się ziarenko piasku. Tym razem trafiło na sezam.

Ekspedientka: Nie ma nigdzie tego sezamu.

Wojtek: No trudno.

Julia (fotograf): O tutaj przecież jest.

Ekspedientka: Aż mi wstyd, ale Wojtek, to było schowane, nie widziałam.

Wojtek: Spoko, ja też nie widziałem.

Po dostarczeniu zakupów do domu zrobiliśmy mały spacer po jego ulubionej dzielnicy Warszawy – Bielanach.

 

Czerpiesz satysfakcję nie tylko z pływania. Pasjonujesz się też rapem, czego efektem jest album, który wydałeś na początku 2019 roku. W utworze Jest Pięknie Kiedy poruszasz temat rasizmu, co od razu nasunęło mi pytanie, czy niewidomy może być rasistą? Poszperałem trochę w internecie i natknąłem się na wywiad z osobą o takiej dysfunkcji przeprowadzony przez Wladę Kolosową dla niemieckiego Vice’a. Na pytanie czy niewidomi są mniej powierzchowni padła odpowiedź: „Boże, absolutnie nie! Jesteśmy tak samo płytcy, jak wszyscy, po prostu wychodzi to przy innych okazjach. (…) Wracając do pytania – słyszałem kiedyś o niewidomych, którzy umawiali się jedynie z blondynkami. A przecież nie mieli nawet jak tego sprawdzić. Bycie płytkim to częsta wada i nie uchroni cię przed nią nawet brak wzroku”.
W rasizmie chodzi tak naprawdę o przekonania, a nie kolor skóry, czy jakieś inne dostrzegalne przez zmysł wzroku cechy. Niewidomy może być rasistą tak samo, jak osoba z doskonałym wzrokiem. Niestety w pełni zgadzam się z przytoczonym przez ciebie cytatem.

A co do powierzchowności, to też potrafimy być straszni. Brak wzroku sprawia, że nie docierają do nas niektóre bodźce, ale doskonale zdajemy sobie sprawę z zależności społecznych, które występują w naszym świecie. Jeśli wiemy, że blondynki czasem wywołują większe poruszenie w towarzystwie, niż np. brunetki, to przez czystą próżność możemy być nimi bardziej zainteresowani, bo też chcemy wywoływać to poruszenie. Potem jeszcze usłyszysz patrz niewidomy, a spotyka się z blondynką i ego rośnie jeszcze bardziej. Kończąc już ten stereotypowy temat, ja nie podzielam tego podejścia, ale wiem, że wśród niepełnosprawnych można znaleźć wiele takich osób.

Teraz otworzyłeś mi trochę głowę na coś, o czym wcześniej nie pomyślałem. Czy niewidomy może być materialistą?
Może być materialistą i to potężnym. Bo tak jak w przypadku rasizmu wszystko opiera się na przekonaniach, które są kompletnie niezależne od zmysłów. Strasznie mi się podoba ten przykład z blondynkami, bo on idealnie oddaje o co w tym chodzi. Niewidomy może też chcieć mieć fajną furę albo ubrania z modnym logo. Choć sam nie będzie nią jeździł, albo nie będzie widział swojego odbicia w lustrze, to dostrzeże, jak ludzie na niego reagują.

Ja kiedyś nie przywiązywałem zbytniej uwagi do ubrań, które nosiłem, ale później poznałem swoją narzeczoną i ona wytłumaczyła mi, że dbanie o siebie jest ważne i ma rację. To, że nie widzę jak wyglądam nie znaczy, że nie chcę dobrze wyglądać.

Czy podróżowanie jest dla ciebie ekscytujące?
Jednym z moich największych marzeń jest okrążenie świata. Pewnie nie będzie to możliwe, ale marzyć można…

Nawet jeśli nie jestem w stanie dostrzec zachodu słońca nad tropikalną plażą, przytłaczającego ogromu Mount Everest, czy piękna zabytkowej architektury, to czuję, słyszę i jestem świadomy. W życiu najważniejsza jest świadomość. Spotykam ludzi, poznaję inne kultury, próbuję nowych potraw, dotykam rzeczy. Strasznie fascynująca jest dla mnie sama świadomość tego, gdzie jestem. Nie mogę zobaczyć oceanu, ale mogę poczuć go resztą swoich zmysłów. Na pewno lepiej go nie widzieć i czuć, niż widzieć i nie czuć – co odbywa się przez takie kanapowe podróżowanie w postaci oglądania innych krajów w telewizji.

Im dłużej rozmawiamy, tym bardziej dochodzi do mnie jak strasznie powierzchownym zmysłem jest wzrok. Ludzie przywiązują do niego ogromną wagę, a przecież jest wiele stworzeń, które swoją percepcję opierają na zupełnie innych zmysłach. Szczególnie mylące może to być w kontekście podróżowania do kraju takiego, jak np. Japonia, gdzie przez wzrok będę zaaferowany tłumem, neonami, architekturą, a nie skupię się na ważniejszym, społecznym odczuwaniu miejsca.
Szczególnie, że wzrok ewolucyjnie jest chyba jednym z ostatnich zmysłów jaki się wykształcił. Najpierw było czucie i węch.

Zabawmy się teraz w Pogromców mitów. Czy to prawda, że w momencie stracenia wzroku zauważalnie wyostrzają się inne zmysły?
Ciężko mi powiedzieć, ponieważ nie wiem, jak odczuwa człowiek, który ma sprawne wszystkie zmysły. Ja jestem zwolennikiem takiej koncepcji, że to są porównywalne poziomy, natomiast bardziej się na nich koncentrujemy, więc niewidomy więcej słyszy nie dlatego, że ma lepszy słuch, ale bardziej się na nim skupia. Na pewno nie jest tak, że zyskujemy jakieś nadnaturalne zdolności – mit obalony.

Nie odeszliśmy daleko. Zaproponował żebyśmy wrócili metrem. Zgodziłem się, choć nie będę ukrywał, że z pewną obawą, Trzymałem się na pewien dystans, żeby zobaczyć, czy ludzie rzeczywiście będą życzliwi i pomocni, nawet w godzinach popołudniowych, kiedy w pośpiechu wracają po pracy. Przejechaliśmy dwie stacje i okazało się, że po raz kolejny nie wyolbrzymiał.

Obcy pasażerowie podchodzili i pomagali mu zarówno wsiąść, jak i wysiąść. Jestem z natury realistą, choć dla wielu zapewne pesymistą (szczególnie jeśli chodzi o wiarę w ludzkie dobro), ale spędzając kilka godzin z Wojtkiem, zacząłem myśleć, że chyba coś jest w tej naturalnej ludzkiej dobroci .

Weszliśmy do domu, Magda przygotowywała obiad, a my siedliśmy w małym ogródku będącym częścią ich mieszkania na parterze.

Pamiętasz ostatnią rzecz jaką widziałeś?
Resztki wzorku z jakimi się urodziłem zanikały na tyle wolno, że nawet nie zwracałem na to uwagi. Pamiętam, że wychodziłem pojeździć na rowerze, bo byłem w stanie odróżnić szary chodnik od czarnej drogi i zielonego trawnika. Ale któregoś dnia, gdy miałem osiem lat, wydawało mi się, że widzę i jadę prosto, a później okazało się, że wjechałem do rowu.

Dobrze, że nie w samochód.
Też mi się zdarzyło, tylko, że w stojący <śmiech>. To był moment, kiedy odpuściłem sobie rower. Nawet mnie to nie bolało, bo gdzieś podświadomie, zdawałem sobie sprawę, że kiedyś nie będę widział, więc po prostu przerzuciłem się na klocki Lego.

Przez to powolne zanikanie wzroku ciężko mi powiedzieć co widziałem jako ostatnie. Sprawy nie ułatwia też to, że moja szczątkowa siatkówka czasami generuje obrazy, które nie mają żadnego związku z rzeczywistością.

Dojrzałe podejście jak na ośmiolatka.
Uważałem, że tak po prostu miało być.

Twoi rodzice też podchodzili do tego z takim spokojem?
Myślę, że tak. Bardzo przeżywali po moim urodzeniu, kiedy się dowiedzieli, że będę niewidomy. Dla nich to było miażdżące przeżycie. Dla rodziców to jest coś strasznego. Natomiast po pewnym czasie się z tym pogodzili i powiedzieli sobie, że zrobią wszystko, żebym miał normalne dzieciństwo. Rzeczywiście tak było, a ich hart ducha przeszedł na mnie. Grałem na podwórku w piłkę z dziećmi z osiedla, choć nie za bardzo ją widziałem. I co z tego? Najwyżej czasami zdarłem sobie kolano.

Dzieci potrafią być okrutne i różnie reagują na inność. Jak się dogadywałeś z rówieśnikami?
To prawda, ale zawsze było powiedziane, że gorzej widzę i trzeba się ze mną trochę inaczej obchodzić, ale normalnie. Miałem masę kolegów. Na co duży wpływ miało to, że chodziłem do szkoły integracyjnej, gdzie dzieci od najmłodszych lat były uczone podejścia do osób niepełnosprawnych i nikt się kompletnie temu nie dziwił. Ze szkoły mam same dobre wspomnienia.

To bardzo budujące dla polskiej edukacji.
Troszkę inaczej sprawa wyglądała na studiach. Ludzie byli bardzo sympatyczni i życzliwi, natomiast dało się czasem wyczuć pewien dystans, ponieważ nie byli przyzwyczajeni do osób niewidomych. Trochę dłużej im zajęło, żeby się ze mną oswoić.

Przy okazji edukacji. Ciężko ci było z tym, że nie mogłeś ściągać?
Na pewno musiałem się więcej uczyć. Ale mam dobrą pamięć, więc nie było problemu. Choć pisałem Braillem, to zdecydowanie łatwiej było ściągać o de mnie niż mi od kogoś. W gimnazjum miałem nawet kolegę, który specjalnie nauczył się zapisu cyfr Braillem, żeby móc ściągać.

Możesz mi trochę więcej opowiedzieć o studiach? Na przykład, jak wyglądały zaliczenia i czy program był do ciebie dostosowany?
Studiowałem trzy lata zarządzanie na UW. Potem miałem podejście do magisterki, ale nie byłem jej w stanie połączyć z karierą sportową. Do edukacji mogę wrócić zawsze, natomiast w sporcie dużym ograniczeniem jest wiek. Nie miałem problemów z czytaniem materiałów na zajęcia, ponieważ żyjemy w czasach, kiedy niektóre telefony, szczególnie iPhony, są fabrycznie wyposażone w świetne programy, takie jak Voice-over, które czytają wszystko, co znajduje się pod moim palcem. Obecnie to wypiera alfabet Braille’a, którym posługiwałem się w szkołach.

Na Uniwersytecie Warszawskim działa fantastyczne biuro dbające o niepełnosprawnych studentów, jego pracownicy naprawdę bardzo nam pomagają w kwestii dostosowania formy zaliczenia do naszych standardów – najczęściej egzamin odbywa się na komputerze z funkcją czytania tekstu albo w formacie Braille’a. Naprawdę, nie ma co się bać studiów będąc niepełnosprawnym.

Co myślisz o alfabecie Braille’a?
Na pewno jest dość archaiczny. Został już prawie kompletnie zepchnięty na margines przez komputery, ale nie można sobie pozwolić na nieznanie tego alfabetu – chociażby Braillem są opisywane leki, piętra w windach czy mapy urzędów.

Myślę, że dla wielu osób utrata wzroku lub innego ważnego zmysły byłaby powodem do załamania. Od ciebie bije pozytywne podejście do życia i odnoszę wrażenie, że w ogóle się tym nie przejmujesz.
W moim przypadku okazało się, że pomimo dysfunkcji można czerpać satysfakcję i radość z życia. Chociaż faktycznie jest tak, że kiedy ci czegoś brakuje, to pojawiają się myśli w stylu „dlaczego mnie to spotkało”. Kluczem do ucieknięcia od tego jest znalezienie czegoś, w czym moglibyśmy się spełniać. Wtedy zaczynamy skupiać się na tym, co jest fajne, a nie na tym co jest złe. Na co dzień nie myślę, o tym, że nie widzę, bo radzę sobie z tym w satysfakcjonującym dla mnie stopniu.

Słuchając twojej płyty doszedłem do wniosku, że wierzysz w Boga albo siłę wyższą.
W siłę wyższą na pewno, ale czy w Boga… Wiesz, biorę ślub kościelny i ciężko jest mi się nad tym rozwodzić, bo jestem indywidualistą i nie chcę się jednoznacznie utożsamiać z żadną instytucją religijną (przyp. red. w momencie ukazania się wywiadu Wojtek jest już po ślubie).

Żyjemy w kraju, gdzie brak wiary w Boga jest coraz częściej spotykany, ale dalej dotyczy bardzo małej części społeczeństwa. Każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu otarł się o katolicyzm, czy w twoim przypadku odejście od instytucji Kościoła było naturalne, czy może wiązało się z niepełnosprawnością?
Podejście swojej rodziny do religii opisałbym jako rozsądne. Nigdy nie miałem załamania wiary i odwrócenia się od Boga, ponieważ nie widzę. Uważam, że nasze życie zależy przede wszystkim od nas, a ja bardziej opieram się na nauce niż religii. Tak jest w naturze, geny mutują, niektóre jednostki rodzą się słabsze, inne silniejsze, co nie oznacza, że słabsze nie mogą stać się silniejszymi. Tak już po prostu jest i trzeba się z tym pogodzić.

Zdarza Ci się czasami cieszyć, że nie możesz czegoś zobaczyć?
Tak, właśnie o tym jest utwór Widzieć Czy Nie Widzieć? W drugiej zwrotce wymieniam rzeczy, na które nie muszę patrzeć. Mam swój obraz świata, który mi się bardzo podoba. Oczywiście mam też świadomość, że nie wszystko jest piękne, ale mnie ta brzydota omija.

Gdy pada deszcz, na zewnątrz jest szaro i ponuro, mnie to nie przytłacza. Myślę, że dlatego mam też lepszy nastrój niż inni.

Ale jest tu pewna nieścisłość. Skoro nigdy nie widziałeś szarości za oknem, to tylko domniemywasz jakie uczucia mogłaby w tobie wywołać.
Potrafię je sobie wyobrazić. Tak jak niewidomy może być rasistą, tak wie, że obraz szarugi za oknem by go irytował. Wiesz, jak jest jasno za oknem to się czuje w powietrzu. Ludzie są bardziej żywi. Dlatego uwielbiam zmianę czasu na letni, ponieważ wtedy wokoło jest przyjemniej. Z kolei czas zimowy nawet mnie przytłacza, pomimo tego, że dla moich oczu nie ma różnicy, czy słońce zajdzie o 15 czy 21.

Nasz mózg ma jednak swoje ograniczenia. Czy gdy wyobrażasz sobie coś niemiłego, to formułuje się w twojej głowie scena, czy jedynie uczucie? Zawsze widzę konturowy, rozmazany obraz, ponieważ tego trochę w życiu dostrzegłem. Gdy myślę o deszczowym dniu, to wyobrażam sobie za oknem szarość, czarne zarysy drzew i jakieś budynki. Ale bez szczegółów, dlatego, że nigdy ich nie widziałem.

Podobno każda twarz, która pojawia się w naszym śnie, należy do kogoś kogo wcześniej już widzieliśmy, ponieważ nie jesteśmy w stanie wymyślić nowej. Twoje doświadczenia to potwierdzają?
Nigdy nie widziałem dokładnie twarzy. Zawsze to był tylko zarys, nos i otwory na oczy. Nigdy nie przyśniła mi się wyraźna twarz. W snach nic nie widzę, Mam świadomość tego co, gdzie jest, bywa fabuła, mogę się sam poruszać, ale wszystko dzieje się na poziomie wyobraźni, nie mam żadnego obrazu. Kiedy śni mi się koszmar mam tylko świadomość tego, gdzie jest potwór i jak mniej więcej może wyglądać, ale go nie widzę.

W tym momencie próbuję sobie to wyobrazić i dochodzę do wniosku, że na chwilę zamieniliśmy się z Wojtkiem rolami. Teraz to ja muszę sobie wyobrazić coś czego nigdy nie „widziałem” i co robi mój mózg? Opiera się na zgranych motywach jakie zobaczył, mgłach, konturach, wizualizacjach strachu i zagubienia.

Lepiej nie widzieć zła, ale też piękna, czy podziwiać wschód słońca nad miastem trapionym nędzą i przestępstwami?
Jestem z tych, którzy stronią od zła. Myślę, że źli ludzie są w stanie zepsuć więcej niż dobrzy naprawić. Dlatego chyba wolę pierwszą opcję. Może gdybym zobaczył wyraźnie te piękne widoki, to zmieniłbym zdanie, ale nigdy w pełni tego nie doświadczyłem.

Mimo tego, że nigdy nie zobaczyłem dobra, to na co dzień je odczuwam i chciałbym przekazywać je dalej. Przygotowuję akcję społeczną „Bo mi się chce”. Jej celem jest przeciwstawienie się typowemu polskiemu sloganowi „nie chce mi się”. To jest zdanie, którym każdy się demotywuje na co dzień. W tej akcji chciałbym pokazać, że zawsze znajdzie się powód, żeby zrobić coś dobrego. Przy wsparciu pełnosprawnych oraz niepełnosprawnych sportowców pokażemy, że dotyczy to każdego, ponieważ wszyscy żyjemy w jednym świecie i zajmujemy się tymi samymi rzeczami, tylko, że robimy je inaczej.

Chcemy uświadomić innych, że niepełnosprawność nie jest wyrokiem. Zresztą zamierzam trochę walczyć z tym słowem, ponieważ jest przestarzałe i wiele osób się z nim nie utożsamia.

Masz już propozycję nowego słowa?
Tak, ale jeszcze nie mogę go zdradzić. Akcja najpewniej ruszy na przełomie maja i czerwca, wtedy je ogłoszę. Jej motorem napędowym będzie utwór nagrany z chórem Sound’n’Grace, który tworzą niesamowici ludzie, a za produkcję będzie odpowiadać zespół Linia Nocna. Chcemy w pełni wykorzystać rok olimpijski, a

moim marzeniem jest założenie fundacji. Dzięki temu może nam się udać zmienić oblicze niepełnosprawności i udowodnić, że niezależnie od przeciwności losu można osiągnąć wszystko.

Działając w zgodzie z rozporządzeniem RODO prosimy o zapoznanie się z Polityką prywatności serwisu.
Kontynuując przeglądanie strony wyrażasz zgodę na używanie plików cookies. Aby dowiedzieć się więcej zapoznaj się z naszą Polityką plików cookies.